Legionisci.com




1997298





Prasa

Nie żałuję niczego

"Piłka Nożna": - W październiku 1980 roku rozegrał pan ostatni, 38 mecz ligowy w barwach Manchesteru City, wyjechał pan do USA i już niewiele o dalszych pańskich losach wiedzieliśmy. Krótko mówiąc - co słychać ?

Kazimierz Deyna: - Jakie pytania, taka odpowiedź: dziękuję, wszyscy zdrowi. Ale mówiąc poważnie - rzeczywiście jesteśmy zadowoleni, bo wciąż mi się dobrze gra, a Norbert ma już jedenaście lat i swobodnie mówi po angielsku. Gra trochę z rówieśnikami w miejscowej drużynie i jak na swoje lata dobrze mu to idzie. Może ma talent, ale ojcu o tym trudno powiedzieć obiektywnie.

A jak panu się wiedzie ?

Klika tygodni temu rozpoczęliśmy nowy sezon indoor. Trzy poprzednie były dla mojej drużyny bardzo pomyślne. W latach 1982, 1983 i zimą roku bieżącego zdobywaliśmy bowiem tytuły mistrzów Stanów Zjednoczonych. Taka sztuka nie udała się żadnemu innemu zespołowi. Meczem, który zdecydował o wyjściu na pierwsze miejsce w tabeli i utrzymaniu go przez kilka kolejek do końca był pojedynek z Cosmosem Nowy Jork. Wygraliśmy 10:8 a ja strzeliłem dwie bramki. Takie spotkania mile się wspomina. Soccer pod dachem jest teraz tutaj wyżej notowany niż rozgrywki outdoor - na otwartym powietrzu.

Jacy polscy piłkarze występują w NASL ?

Teraz jest nas trzech. Oprócz mnie Stasio Terlecki w Cosmosie i Adam Krupa w Tulsa. Władek Żmuda już wyjechał.

Co się dzieje z Gadochą, Trzaskowskim. Podobno są w Stanach Zjednoczonych. Czy ma pan z nimi jakiś kontakt ?

Owszem, spotykamy się przy okazji meczów. Kiedy my graliśmy w Nowym Jorku oczywiście ze Stasiem Terleckim i jego rodziną się spotkałem. Z Tośkiem Trzaskowskim też. Kiedy z kolei gramy w Chicago, robimy sobie wieczory wspomnień z Gadochą. Robert nigdzie nie gra, Tosiek zaś prowadzi drużynę polonijną. Widziałem się też z chłopakami, grającymi w Pittsburghu. Ale do takich spotkań dochodzi tylko przy okazji. Niech pan spojrzy na mapę, jakie są odległości między miastami, w których gramy. Rocznie przelatuję w powietrzu kilkadziesiąt tysięcy kilometrów od San Diego po Vancouver na północy, Florydę na południu i Nowy Jork na wschodzie. Znam wszystkie większe amerykańskie lotniska i czasami bywam nieco zmęczony. Dopóki nie wyjdę na boisko.

Patrzę panie Kazimierzu na skład druzyny NASL, nigdy nie jestem na bieżąco, bo nie sposób, wychodzi mi jednak, że jest pan w tej chwili jednym z najbardziej znanych i utytułowanych piłkarzy występujących w USA i Kanadzie.

Tak chyba jest w istocie. Pele, Beckenbauer i inni znani zakończyli swoje kariery, kilkunastu wróciło do Europy. Ale z kolei Johan Neeskens wrócił do Cosmosu! W Vancouver gra reprezentant Anglii Dave Watson i Holender Frans Thijseen. To chyba najsłynniejsze nazwiska. Mówię oczywiście o NASL, bo przecież od znanego Karla-Heinza Granitzy z Chicago Sting lepsi są nasi chłopcy z Pittsburgha. Inne znane nazwiska to Eddie Firmani, manager Cosmosu oraz coach Tampa Bay - Rodney Marsh. W moim zespole gra bardzo dobry Julie Veee, który przyjechał z Węgier a od pewnego czasu ma obywatelstwo amerykańskie.

A Pittsburgh Spirits ? Przecież gra tam kilku znanych Polaków.

Zgadza się: Adam Topolski, Piotrek Mowlik z mojej dawnej warszawskiej drużyny, Sybis, Kapka, Ostalczyk. Pittsburgh jest jednak w drugiej liczącej się lidze, mianowicie Major Indoor Soccer League. Jak wskazuje nazwa grupuje ona tylko te zespoły, które walczą pod dachem w ciągu zimy.

Czy ceni się tam pana tylko za dawne zasługi ??

Mnie to trudno powiedzieć. Najlepiej byłoby, gdyby oceniał mnie ktoś inny. Ja mogę podać tylko fakty. Ostatnio zostałem wybrany przez zawodników i trenerów do zespołu All Star sezonu indoor, jako najlepszy pomocnik NASL. W roku ubiegłym zaś, w meczu z Tampa Bay na dużym boisku pobiłem należący do Giorgio Chinaglii siedmioletni rekord NASL w ilości zdobytych punktów, jakie przyznaje się za strzelone bramki i asysty - jak w hokeju. Strzeliłem wówczas cztery gole, pięć następnych padło z moich podań, dało mi to łącznie 13 punktów. O jeden więcej od Chinaglii. Krótko mówiąc, mimo wieku jeszcze jakoś daje sobie radę i nie żałuję, że przyjechałem do Stanów.

A co sądzi pan o grze w Anglii ? Wszyscy mówili, że mają tam ligę nie dla takich piłkarzy jak Deyna. I trudno dziwić się takim poglądom, skoro myślenie na boisku jest tam na drugim planie.

Niczego nie żałuję. Chciałem grać w lidze angielskiej i grałem. A że angielscy trenerzy mieli inny pogląd na piłkę niż ja, to już nie moja wina. Teraz Manchester City gra w II lidze, a ja nie narzekam na swój los. Sportowo osiągnąłem w życiu prawie to, co chciałem. Kilka trofeów i zaszczytów było nieosiągalnych, ale mam ze swojej kariery dość satysfakcji.

W październiku skończył pan 37 lat ...

... i już by mnie pan chciał widzieć na emeryturze? Na razie czuję się dobrze. Sposób gry w Ameryce sprzyja piłkarzom, prezentującym te cechy, jakie ja posiadam. Ale rzeczywiście jest to ciężka praca i zaczynam jej mieć dość. Gram przez okrągły rok, chociaż mógłbym podpisać kontrakt albo na indoor, albo na outdoor. Rocznie około osiemdziesięciu meczów, wiele dni poza domem. Kontrakt kończy mi się w połowie przyszłego roku. Nie wiem czy od razu wrócę do kraju, czy nie. W każdym razie po powrocie chciałbym odpocząć od piłki.

źródło: Tygodnik Piłka Nożna - Listopad 1984
Rozmawiał: Stefan Szczepłek



Mam czwarty tytuł mistrza USA, kibicuję synowi i uczę dzieci

Telefon w Kalifornii odebrała pani Mariola Deynowa:- Kazik jest Norbertem na treningu, ale lada moment powinni wrócić. Dzwonili, żebym wstawiła obiad. Niech pan chwileczkę poczeka, bo mąż byłby niepocieszony. Każdy kontakt z krajem jest dla nas bardzo cenny. Jesteśmy już długo poza granicami, a do Stanów dzwonić znacznie trudniej niż do Anglii. Dalej i drożej. Przez to kontaktów i wiadomości mamy znacznie mniej niż w Manchesterze.

Z ty samych powodów my także nie odzywamy się zbyt często. Proszę nam powiedzieć, co to znaczy, że Kazik - jak pani mówi - z Norbertem są na treningu. Kto ćwiczy, a kto się temu przygląda ?

Jak to kto się przygląda ? Chyba ktoś z boku. Oni trenują obydwaj. Norbert skończył w lipcu już dwanaście lat i odziedziczył po ojcu miłość do piłki.

Czy talent również ?

Matce trudno o tym mówić. Ja patrzę na jego grę z przyjemnością, ale też ma się on już czym pochwalić. Gra od trzech sezonów. W tym, który się zakończył, zdobył puchar za zajęcie drugiego miejsca w czwartej lidze chłopców, noszącej nazwę Cobras. Sam strzelił piętnaście bramek, z czego jest wyjątkowo dumny, bo przecież patrzą na niego zawsze przez pryzmat ojca - "Wielkiego Kaza".

Co po powrocie mężczyźni dostaną na obiad ?

Prowadzę dom z polską kuchnią, ale Kazio lubi także potrawy chińskie, meksykańskie i typowo amerykańskie. Przepraszam pana, ale panowie piłkarze właśnie dobijają się do drzwi. Kaziu, szybko, masz telefon z redakcji "Piłki Nożnej" z Warszawy.

Halo, dzień dobry. Bardzo się cieszę, bo już myślałem, że pismo przestało istnieć. Już dawno go nie widziałem.

Na szczęście dobrze się nam wiedzie. Powodów do narzekań trochę mamy, ale prawie jak zawsze w normie. A jak panu się wiedzie ?

Wciąż bardzo dobrze. Na przełomie maja i czerwca mój zespół San Diego Sockers zdobył po raz czwarty z kolei tytuł halowego mistrza Stanów Zjednoczonych. W latach 1982 i 84 były to triumfy w lidze NASL, a w 1983 i w roku bieżącym w innej ogólno amerykańskiej lidze - MISL, czyli Major Indoor Soccer League. Mam swój udział w każdym z tych zwycięstw. Jestem zresztą jednym z nielicznych członków zespołu, którym dane było uczestniczyć we wszystkich tych rozgrywkach. Jest wśród nich między innymi znany na początku lat siedemdziesiątych z występów w londyńskim West Ham, trzydziestojednoletni dziś Nigeryjczyk Ade Cocker. Natomiast jednym z najlepszych graczy drużyny, której od dawna jestem kapitanem, pozostaje Jugosłowianin z pochodzenia - Steve Zungul.

A z siebie jest pan zadowolony ?

Raczej tak. Zważywszy, że w październiku skończę 28 lat, nie mogę narzekać. Gram cały czas w pomocy, strzeliłem 42 bramki, zaliczono mi 40 asyst, czyli podań, z których bramki strzelali partnerzy. Ogółem nasz zespół uzyskał około trzystu goli. Przypominam, że chodzi cały czas o rozgrywki halowe.

Jaka drużyna była waszym największym przeciwnikiem ?

Baltimore Blast, w której grał między innymi Bernd Hoelzenbein. W decydującym meczu na Sports Arena w San Diego, wobec trzynastu tysięcy widzów wygraliśmy 5:3 To przesądziło o naszym zwycięstwie w całych rozgrywkach. Systemem tych rozgrywek już nie będę czytelników zanudzał.

Jak długo trwał sezon ?

Rozpoczął się 3 listopada ubiegłego roku, a zakończył 4 czerwca. Wręczono nam oczywiście wspaniały puchar i dano miesiąc urlopu. A potem, jak co roku, nastąpiło coś, co w Polsce jest nie znane i być może niezrozumiałe. Otóż każdy z nas - piłkarzy ma obowiązek przez pięć letnich tygodni uczęszczać na specjalny obóz dla dzieci i młodzieży, gdzie nauczamy gry w piłkę nożną. Spędzamy z nimi cały tydzień. Od rana do wieczora. Zainteresowanie jest bardzo duże, a dzięki tej formie popularyzacji futbolu w USA w drużynach ligowych gra coraz więcej obywateli tego kraju. Na razie różnie im się wiedzie, ale ja sam wiedziałem wielu chłopców, o których mogę powiedzieć, że mają talent, a o innych, równie uzdolnionych opowiadali mi koledzy z zespołu, uczący gry na innych obozach. Kto wie - może kiedyś soccer w wykonaniu Amerykanów stanie się jednak groźny dla piłkarzy z krajów, w których tradycje tego sportu są nieporównywalnie większe.

Czy ma pan szanse zobaczyć to na własne oczy jeszcze tam - w Stanach ?

Ooo, to trudne pytanie. Raczej wątpię. 16 listopada kończy się mój kontrakt z sockersami. Jeszcze z Mariolą nie podjęliśmy decyzji, co będziemy robić później. Co i gdzie? Mógłbym jeszcze grać, zresztą nie koniecznie w San Diego, bo są tacy, którzy nie zważając na mój wiek, chcieliby mnie jeszcze widzieć w swoich drużynach. Dostałem także propozycję objęcia funkcji trenera w moim dotychczasowym klubie. Miałoby to swoje dobre strony, bo nie musielibyśmy się nigdzie przeprowadzać. Jak zwykle w takich sytuacjach wybierzemy najlepszy wariant, biorąc przede wszystkim pod uwagę dobro Norberta. A może po prostu wsiądziemy w samolot i przylecimy do kraju. Naprawdę jeszcze nie wiemy.

Po czterech latach pobytu będziecie mieli już co zostawiać w San Diego ...

To prawda. Mieszkamy, ściślej mówiąc, piętnaście mil od miasta. Mamy dom z basenem. Lubię go czyścić w wolnych chwilach miedzy podróżami lotniczymi na mecze po całych Stanach. Kiedy spędza się w powietrzu dziesiątki godzin w miesiącu, człowiek marzy o powrocie na ziemię, kąpiel w basenie, strzyżeniu trawy i żywopłotu. Tego mi trzeba i to mam. A wszystko we wspaniałym klimacie i o kilkanaście minut jazdy samochodem od Pacyfiku. Kiedy mamy więcej czasu, zwiedzamy Stany Zjednoczone samochodem. Chcemy wykorzystać maksymalnie pobyt tutaj, aby jak najwięcej zostało nam w pamięci, kiedy już będziemy w Warszawie.

A więc do usłyszenia czy do zobaczenia ?

Będę wiedział za miesiąc - dwa. Wtedy sam zadzwonię.

źródło: Prasa
Rozmawiał: Stefan Szczepłek



Kazimierz Deyna w Toronto!

W czerwcu bawił w Toronto wraz z drużyną San Diego Sockers znany polski piłkarz Kazimierz Deyna. Po meczu rozmawialiśmy z Deyną długie godziny wspominając "stare dobre czasy" polskiej piłki, w tworzeniu których wiodącą rolę odegrał nasz gość. Dziś prezentujemy najciekawsze opinie Kazimierza Deyny.

Jakie były początki Twojej kariery, co zdecydowało, że zostałeś piłkarzem ?

Urodziłem się w Starogardzie Gdańskim na Pomorzu i pochodzę z rodziny wielodzietnej, było nas bowiem dziesięcioro rodzeństwa. W dzieciństwie dużo czasu spędzałem z braćmi, starszymi ode mnie, to oni grali bardzo dobrze w piłkę, a ja starałem się ich tylko naśladować. Dziś wydaje mi się, że gdyby grali dłużej mieliby większe sukcesy niż ja, niestety z powodu warunków rodzinnych musieli pracować, nie mając czasu na piłkę. Wiernymi kibicami byli zawsze dla mnie moi rodzice, oni też podtrzymywali mnie na duchu. Oboje nie żyją, zawsze wspominam ich z wielką czułością. Wracając do piłki, to początek mojej kariery byłem środkowym napastnikiem strzelającym dużo bramek. Zauważyli mnie przedstawiciele ŁKS Łódź podczas meczu pucharowego z moją starogardzką drużyną i tam się wkrótce przeniosłem. W ŁKS wystąpiłem w pierwszej lidze, grając na środku ataku, a później była Legia.

Jak trafiłeś do Legii Warszawa ?

Zostałem powołany do Legii na okres odbycia zasadniczej służby wojskowej, czyli na dwa lata. Później przeniesiono mnie do marynarki wojennej, czyli automatycznie zostałem w Legii dłużej, a następnie zostałem zawodowym żołnierzem Wojska Polskiego. Do Legii trafiłem, gdy zaczynał się szczytowy okres rozwoju tego klubu, za prezesury gen. Huszczy. Legia zawsze była silnym klubem, ale pod koniec lat sześćdziesiątych trafiło tu wielu młodych, bardzo utalentowanych zawodników, którzy się wspaniale rozwinęli.

Jaką atmosferę zastałeś w Legii, gdy do niej przyszedłeś ?

Gdy przyszedłem do Legii był to okres, gdy wszyscy nowi zawodnicy byli pełni szacunku dla starszych. Nikt z nas, wówczas młodych, nie ośmielił się nic żądać od klubu. Nas cieszyło to, że jesteśmy w klubie, że dostrzeżono nasz talent do piłki i stworzono warunki do jego rozwoju. Warunki socjalne były bardzo skromne, ale nas to nie martwiło. Do starszych graczy zwracaliśmy się per pan i było to normalne. Przez długie lata do Lucjana Brychczego tak się zwracałem, nie ośmieliłem się tej sławie mówić na "ty".

Z jakimi zawodnikami grałeś ? Opowiedz coś o nich.

Bramkarzem był wówczas Władysław Grotyński, uważam, że najlepszy bramkarz tamtego okresu, trochę niedoceniony przez selekcjonerów reprezentacji Polski, ale to wynikało raczej z trudności jego charakteru. Obrona była raczej wyrównana. Stachurski posiadał bardzo silny strzał z prawej nogi, często strzelał wolne. Na stoperze występował Zygmunt, bardzo ostro grający na ówczesne czasy. Dalej solidni: Niedziółka i Trzaskowski, wcześniej był Gmoch, zawodnik o dużej ambicji, którą nadrabiał braki talentu. "Drewienko", bo taki był pseudonim piłkarski Gmocha, załapał się nawet dzięki kolosalnej pracowitości w reprezentacji narodowej. W pomocy występowało doskonałe trio: Brychczy, Blaut i Korzeniowski. "Kici" - Brychczy, to cała historia polskiej piłki noznej, Blaut zwany "Długopisem", celował w grze głową, "Korzeń" zaś był defensywnym pomocnikiem wspomagającym niejednokrotnie obronę. W napadzie zaś grali: niezrównany technik Janusz Żmijewski, przebojowy Jan Pieszko i jeden z najlepszych lewoskrzydłowych Europy Robert Gadocha, który "woził" obrońców, jak chciał. Z taką drużyną można było grać i doszliśmy do sukcesów, czego ukoronowaniem był półfinał klubowych mistrzostw Europy w roku 1970.

Jak wspominasz Olimpiadę 1972 roku w Monachium ?
Olimpiada monachijska była wspaniałą przygodą. Złoty medal uważam za największy sukces polskiej piłki nożnej na przestrzeni lat, który dał dobry początek dalszym sukcesom na MŒ w RFN w 1974 i kolejnych Igrzyskach w Montrealu w 1976 roku. Najbardziej pamiętam Rudakowa w bramce ZSRR w półfinale, w momencie strzelania przeze mnie rzutu karnego. Jego rozczapierzone długie ręce przypominały skrzydła kondora i zdawało się, że zakryją całą bramkę. Jednak jakoś tą piłkę zmieściłem, a zwycięstwo dało nam upragniony finał.

Legia i Górnik dwie najlepsze w Polsce jedenastki w latach siedemdziesiątych, co o nich powiesz ?

Uważam, że Legia była najlepszą w tym czasie, bowiem Górnik był faworyzowany, miał prasę za sobą, komentatora śp. Jana Ciszewskiego, który robił dobrą robotę dla górniczego zespołu. Na "zielonej murawie" byliśmy w większości razy lepsi, choć Górnicy wspaniale wygrali z nami Puchar Polski 5:2 w 1972 roku.

Który z trenerów wywarł na Ciebie największy wpływ ?

Trenerów na swej drodze piłkarskiej spotkałem różnych, zarówno w kraju, jak i za granicą. Można ich podzielić na dwie grupy: trenerów-teoretyków, to znaczy bez przeszłości zawodniczej i trenerów praktyków, a więc takich, którzy byli czynnymi zawodnikami. Osobiście uważam, że trener-teoretyk, czyli w Polsce trener po AWF z tytułem magistra, niczego praktycznego zawodnika nie nauczy, bo sam nic nie umie. Stąd się bierze - według mnie - słaby poziom wyszkolenia technicznego w polskiej lidze. Trenerzy ligowi nie są w stanie nauczyć dużo młodych piłkarzy, bo sami niewiele umieją. Dobry trener powinien pracować już z najmłodszymi, z dziećmi, a tak niestety nie jest. Najlepszym trenerem, jakiego spotkałem w czasie swojej kariery piłkarskiej, był niewątpliwie Czech Jaroslav Vejvoda, który doprowadził zespół Legii na wyżyny świetności. Trener kadry Górski odniósł z reprezentacją Polski sukcesy, ale wynikły one z tego, że w drużynie miał "brylanty-samorodki". Bez tych talentów, jakie miał w zespole narodowym w roku 1974, sam niewiele by zdziałał. Trener Gmoch był zawsze człowiekiem o wybujałych ambicjach, patrzącym tylko za swoimi sprawami, a nie dbającym o drużynę. Im dłużej byłem zawodnikiem, tym stawałem się bardziej krytyczny dla trenerów, po prostu nie lubiłem nigdy gromady "pseudo" - żerującej na sukcesach drużyny narodowej.

Co możesz powiedzieć o Mistrzostwach Œwiata w 1974 roku ?

Mam stamtąd piękne wspomnienia, przede wszystkim cudowna atmosfera polskiego ośrodka w Murhardt. Trzecie miejsce na świecie to ogromny sukces, pozostał jeden żal, że przegralismy z RFN 0:1 w "basenie", a nie na boisku, we Frankfurcie na Stadionie Leśnym. Jestem pewny, że w normalnych warunkach ten mecz był wygrany przez nasz zespół.

Jak oceniasz swoje występy w Anglii ?

W Anglii grałem w znanym zespole Manchester City. Za mój transfer Polska otrzymała około 150.000 tyś. Dolarów. Mimo, że nie grałem tam zbyt długo, uważam pobyt w Manchesterze za udany, gdyż sprawdziłem się jako piłkarz, a liga angielska jest bardzo wymagająca i powiedziałbym najtrudniejsza na świecie. Obok mnie występowali tam także Nowak z Legii i Kowenicki z Widzewa.

Co sądzisz o lidze północnoamerykańskiej NASL ?

Po początkowych sukcesach, gdy występowały tu takie gwiazdy, jak : Pele, Eusebio, Cruijff, Beckenbauer, Best czy Chinalgia, nastąpiło załamanie się zainteresowania "występami". Najlepszy dowód, że licząca kilka lat temu NASL około 20 zespołów - dzisiaj ma ich tylko dziewięć. Uważam, że NASL może nie doczekać roku 1985 w rozgrywkach tzw. Outdoor, pozostaną jedynie rozgrywki indoor, które publiczność amerykańska bardzo lubi.

Porównaj atmosferę klubów amerykańskich z europejskimi ?

O wiele lepsza dla zawodnika jest sytuacja w klubach europejskich. Przede wszystkim kluby są lepiej zorganizowane, kontrakty są przejrzyste, korzystne i szanowane do końca ich trwania dla zawodników. Istnieją dodatkowo premie za wygrane mecze, za bramki, czego nie ma absolutnie w klubach amerykańskich. Tutaj obowiązuje jedynie zapłata ustalona w kontrakcie między klubem a zawodnikiem. Kontrakt zaś może klub wypowiedzieć w dowolnym momencie, bez żadnego uprzedzenia czy odszkodowania. Stawia to zawodnika w dużo gorszej sytuacji niż w Europie, gdyż tutaj może się on znaleźć z dnia na dzień na bruku.

Jak się czujesz w San Diego ?

Czuję się bardzo dobrze, a San Diego uważam za najpiękniejsze miasto obok Warszawy. Kibice darzą naszą drużynę wielką sympatią, w sezonie indoor, mamy komplety publiczności. Syn mój Norbert chodzi do szkoły, żona Mariola prowadzi nasz dom. Kontrakt z San Diego mam podpisany do końca 1985 roku.

Jak podsumujesz swoją dotychczasową karierę piłkarską ?

Wszystko, co osiągnąłem w życiu, zawdzięczam piłce i ludziom, którzy mi pomogli, abym był piłkarzem. Widziałem prawie wszystkie kraje świata, a grałem i stykałem się z wielkimi sławami sportowymi na boisku i poza nim (m.in. w filmie, w radiu i telewizji). Tego nie może mi nikt odebrać, tego nie da się zapomnieć, to trzeba było przeżyć. Wywarło to tak ogromny wpływ na moje życie, że zostanę w sporcie na zawsze.

Jakie masz plany na przyszłość ?

Bez wątpienia wracam do Polski, żona i ja bardzo tęsknimy do kraju, do naszych bliskich. W Polsce pragnę być instruktorem i prowadzić zajęcia treningowe z dziećmi, najchętniej w Legii Warszawa. Myślę, że uda mi się wychować następcę za kilka lat.

źródło: Wydanie specjalne Filipinki z okazji IO w Los Angeles, USA



Kaz Deyna - The Magic Man

Oglądanie gry Kazimierza Deyny przypomina mi scenę z filmu "The Great Race", w której na ekranie wybucha gwałtowna walka na pięści. Splecione ciała wojowników i latające ciosy a wśród tego przemykający się Tony Curtis, któremu podczas tej rzezi nie spada z głowy nawet jeden włos. Tak właśnie wyglądały dwa ostatnie sezony Deyny w lidze halowej. Gdy maszyny do dymu i światła laserów gasły eleganckie opanowanie Deyny rozprzestrzeniało się po hali. W tym zamieszaniu ostrych wejść, rykoszetów i przechwytów wyróżniała się jego nienaganna technika i doskonała wizja gry. "Nie widziałem nigdy nikogo, kto potrafiłby robić to, co potrafi Kazzi" - mówi obrońca Sockers Martin Donnelly, jeden z najbardziej utalentowanych graczy Ameryki Północnej. "Nigdy nie wygląda na zdenerwowanego, jest tak przekonywujący i pewny, gdy zwodzi i kiwa obrońców a ci odskakują we wszystkich kierunkach lub padają na ziemię a on pozostaje przy piłce".Trener Ron Newman jest jednym z najgłośniejszych kibiców Deyny. "To niesamowity piłkarz, jedyny w swoim rodzaju" tak mówi Newman o najstarszym graczu boisk halowych. "Jest jak chirurg, który przy pomocy nóg rozdziera swoimi podaniami defensywę przeciwnika na strzępy. Szkoda, że nie mogliśmy go oglądać, kiedy był w najlepszej formie."

Kibice ligi NASL będą mieli okazję oglądać grę Deyny jeszcze przez kilka najbliższych sezonów, ponieważ w październiku podpisał on trzyletni kontrakt, który będzie kontynuacją jego futbolowej kariery. Podczas ostatniego sezonu mistrzowskiego ligi MISL został przedstawiony kibicom na "Sports Arena" jako "The Magic Man" a jego dorobek 46 goli i 34 asyst, podczas sezonu zasadniczego, dał mu drugie miejsce w drużynie. Ale nie surowe statystyki, ale sposób, w jaki gra robi największe wrażenie na przeciwnikach i kolegach z drużyny. "Większość graczy halowych wybija zwyczajnie piłkę i czeka, co się stanie" - mówi bramkarz Alan Mayer. "Kazzi nigdy nie wybija na oślep. Strzelił dla nas wiele kluczowych goli a niektóre z nich były po prostu nieprawdopodobne i to nie za sprawą szczęścia, lecz umiejętności" Newman podziwiał Deynę od czasu, gdy zaczął się on wyróżniać grając w Polsce. "Kazzi jest idolem w Polsce". Norman oświadcza. "Długo zanim pojawili się Lech Wałęsa i papież Jan Paweł II, on już był bohaterem narodowym." Jeden z dziesiątki dzieci robotnika zatrudnionego w fabryce obuwia, Deyna dorastał w Gdańsku, który był wtedy mało znanym miastem z populacją sięgającą 26000 ludzi. Gdańsk położony jest nad morzem Bałtyckim, to w nim cztery lata temu powstała Solidarność. "Pamiętam, że mój ojciec pracował bardzo ciężko." Deyna przypomina sobie młodość. "Wychodził do pracy o piątej rano a wracał o ósmej wieczorem. Moja matka zajęta była opiekowaniem się nami. Życie nie było łatwe, ale nigdy nie byliśmy biedną rodziną."

Deyna zaczął grać w piłkę mając 10 lat, a zadebiutował w profesjonalnym futbolu siedem lat później. Od razu został dostrzeżony przez Legię Warszawa i dołączył do pierwszoligowego klubu w wieku 17 lat. "Pierwszych kilka meczy grałem jako napastnik," mówi, "ale trener przesuną mnie do pomocy. To pomogło mi zobaczyć gdzie są obrońcy i gdzie powinna być zagrywana piłka." Niesamowity przegląd gry Deyny, opanowanie i rzadka umiejętność wyczekania odpowiedniego momentu na podanie lub strzał urzekała kibiców w Polsce jak i w pozostałej części Europy. Jako nastolatek, Donelly przypomina sobie oglądanie gry Deyny w telewizji, "Mój tata wskazywał na niego," mówi Donnelly "i mówił. ‘To jest Kazzie Deyna. Podziwiaj go, jest niesamowity’, Kazzi miał tyle klasy, był opanowany a jego podania były perfekcyjne. Zawsze rozmawialiśmy jeszcze o tych meczach przez kilka dni" Deyna wybił się na światową scenę piłkarską po swoim spektakularnym występie na arenie Olimpijskiej w 1972 roku. Strzelił rekordową liczbę dziewięciu goli podczas tego turnieju a Polska zdobyła złoty medal. Grając przed żywiołowo reagująca publicznością zgromadzoną na nowym monachijskim stadionie olimpijskim, Deyna w meczu finałowym strzelił dwa gole a Polska pokonała Węgry 2:1. W drużynie Polski grali wtedy tak znakomici piłkarze jak Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Jan Tomaszewski, Henryk Kasperczyk i Robert Gadocha. Deyna był dyrygentem tej utalentowanej orkiestry kontrolującym rytm i tępo i wyczekującym odpowiednich chwili by zadać decydujący cios. W 1974 roku Polska ukończyła na trzecim miejscu finałowy turniej przegrywając we Frankfurcie, na przesączonym wodą boisku, z późniejszymi mistrzami świata Niemcami. Niesamowita gra Deyny dała mu trzecie miejsce w klasyfikacji na najlepszego gracza turnieju za takimi sławami jak Franz Beckenbauer i Johann Cruff. Zaczęły napływać oferty z zagranicy, "Miałem propozycje z Włoch, Niemiec, Hiszpanii" mówi Deyna. "Teraz wszystko wygląda inaczej, ale wtedy nie można było wyjechać przed ukończeniem trzydziestki, było to bardzo, bardzo głupie" Pozostał, więc w Polsce, prowadząc wygodne życie ze swoją żoną Mariolą i synem Norbertem. Rozegrał ponad 500 meczy w barwach Legii i 102 mecze w reprezentacji Polski. Cztery razy wybierany był najlepszym piłkarzem Polski.

W 1978 roku po mistrzostwach świata, w których Polska zajęła piąte miejsce Polska federacja piłkarska zezwoliła mu na wyjazd po tym jak nieugięcie oświadczał, iż nie będzie już grał w Polsce. Podpisał trzyletni kontrakt z Manchester City, dla którego w pierwszym roku zdobył 11 goli, ale gdy drużynę zaczął prowadzić Malcolm Allison, Deyna usiadł na ławce rezerwowych. Nie mogąc dogadać się z Allisonem, Deyna odszedł do drużyny Sockers za sumę 35000 dolarów, transfer, który Newman określił jako "kradzież". Niestety Sockers w tym samym czasie podpisali kontrakt z Mikem Stojanovicem i to odbiło się szerszym echem w klubie niż transfer Polaka. Z początku Deyna nie wyróżniał się grą, co zniechęciło nieco właściciela drużyny Boba Bella. "Myślałem, że popełniliśmy błąd." Przyznaje Bell. "Deyna miał nadciągnięty mięsień uda, mimo iż wyglądało jakby nigdy nie angażował się do końca. Jego agent jednak powtarzał, aby dać mu trochę czasu a zobaczymy, jaki jest wspaniały." Niedługo potem cała liga NASL zobaczyła magię Deyny. Strzelił on 11 goli i zaliczył podobną ilość asyst w swoim pierwszym sezonie w Ameryce. Lecz wydawało się, iż pojawił się nowy problem, Drużyna Sockers rozpoczęła plany rozegrania sezonu 1981-82 na hali. "On nie chciał grac na hali." Przypomina sobie Bell. "I jak idioci założyliśmy, że jego umiejętności nie pasują do gry pod dachem".

Dwa ostatnie sezony pokazały jak błędne było to założenie. Deyna strzelił 11 goli i zaliczył 24 asysty w pierwszym sezonie na hali, by później dołożyć jeszcze 8 goli i 10 asyst, dzięki którym Sockers, po wygraniu kolejnych sześciu meczy, zapewnili sobie tytuł mistrza NASL. W ostatnim sezonie "The Magic Man" jako kapitan poprowadził drużynę Sockers do zwycięstwa w MISL rozgrywając fantastyczne spotkania, w których zaprezentował swoją bajeczną technikę i niesamowity przegląd sytuacji na boisku. W rozgrywkach playoff zdobył najwięcej bramek spośród wszystkich graczy ligi, czym zwyczajnie oczarował kibiców w całym kraju. Jego ofensywny talent przyćmiewał słabszą grę w narożnikach boiska i brak zaangażowania w grze defensywnej. Newman tak ustawił drużynę by ta do maksimum wykorzystywała umiejętność Deyny do rozmontowywania obrony przeciwnika. "Futbol halowy to śmieszna gra." Powiadał Deyna z lekkim uśmiechem na twarzy. "Lecz wcale nie jest łatwa; Zarówno mecze jak i treningi są bardzo wyczerpujące. Gra na hali jest szybka i bardzo różni się od gry na boisku otwartym." Ironiczne jest to, iż dał on radę doskonale przystosować się do gry na hali w przeciwieństwie do jego byłego kolegi z drużyny Stojanovica jednego z najlepszych w historii graczy NASL, lidera strzelców klasyfikacji wszechczasów, który nigdy nie podbił boisk halowych.

"Jeśli piłkarz ma umiejętności i rozeznanie na boisku może być dobrym graczem zarówno na hali jak i na zwykłych boiskach." Deklaruje Deyna. "Stojanovic jest dobrym przykładem. W każdym sezonie był w czołówce klasyfikacji na króla strzelców, ale na hali był nikim." Mimo miesięcznej przerwy w grze zdobył niesamowita ilość 15 goli i 16 asyst w zaledwie 18 meczach. Ustanowił rekord ligi NASL strzelając 4 gole i zaliczając 5 asyst przeciwko drużynie Tampa Bay i w sierpniu został wybrany do drużyny All-Star ligi NASL. Teraz Deyna, który w zeszłym miesiącu ukończył 36 lat, ponownie zaprezentuje swoje sztuczki na boiskach halowych. Może nogi nie będą już tak elastyczne jak dawniej, ale jego umysł nie wykazuje jakichkolwiek oznak starzenia się. "To jest coś, z czym się urodziłem," mówi o swoim niesamowitym talencie do czytania i reżyserowania gry na boisku. "Przez tyle lat nad tym pracowałem i wykorzystywałem ten dar i teraz myślę, iż jest on perfekcyjnie rozwinięty." W połączeniu z nienagannym prowadzeniem piłki Deyna potrafi stworzyć magiczny spektakl na każdym boisku i jeśli tylko pozostanie zdrowy z pewnością będziemy go jeszcze oglądać w San Diego przez trzy kolejne sezony.

Autor: Ridge Mahoney
Tłumaczenie: Artur Szczepański



Pomocnik Kazimierz Deyna

Ten człowiek ma styl, ma klasę. Kiedy po raz pierwszy zaprezentował się publiczności w San Diego przeprosił za swój łamany angielski. W części Londynu, w której mieszkał do tej pory dominował głównie język Polski. Poprzez tłumacza zawodnik przyznał, "Gdy się tam przeniosłem pomyślałem, że ten angielski nie jest taki trudny, brzmi zupełnie jak polski, lecz później zdałem sobie sprawy, że jest to polski". Kazimierz Deyna powinien jednak szybko przystosować się do naszych warunków gdyż jest człowiekiem wygadanym z osobowością i wielkim charakterem. Jest on jednym z talentów światowej klasy, dlatego Sockers zdecydowali się ściągnąć tą międzynarodową gwiazdę do Ameryki. "Deyna podniesie wartość drużyny". Powiedział trener Ron Newman "Wiemy, iż jest on w stanie to zrobić. Jeśli tak się stanie osiągniemy optymalną formę".

Deyna był najlepszym piłkarzem Polski lat siedemdziesiątych. W 1974 roku zdobył z polską reprezentacją trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Wraz z Johanem Neeskensem został wybrany najlepszym pomocnikiem tego turnieju, a później zajął trzecie miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza Europy za Franzem Beckenbauerem i Johanem Cuyffem. Dwa sezony wcześniej przyczynił się do zdobycia przez Polskę złotego medalu olimpijskiego. Rozegrał w reprezantacji Polski ponad 100 spotkań w latach 1968 do 1978. W 1972 roku zdobył podczas turnieju olimpijskiego rekordową ilość 9 goli wliczając w to dwa zdobyte przeciwko Węgrom w meczu finałowym zakończonym zwycięstwem Polski 2-1. Deyna rozegrał 12 sezonów w barwach Legii zdobywając z nią dwa tytuły mistrza kraju i doprowadzając ją dwukrotnie do finału pucharu Europy. Wystąpił z Legią w ponad 500 meczach. Trzykrotnie nominowany na najlepszego polskiego piłkarza, Deyna był najbardziej nagradzanym polskim piłkarzem lat siedemdziesiątych zdobywając każde możliwe trofeum.

"Deyna posiada niesamowity dar" - powiada Newman. "Ponieważ grywa w pomocy nie jest typowym snajperem, lecz kiedy tylko jest taka potrzeba przesuwa się do przodu i zdobywa gola wtedy, gdy drużyna naprawdę tego potrzebuje. Potrafi zagrać piłkę dokładnie tam gdzie powinna być zagrana. Jest niesamowity". Sockers sprowadzili Deynę z pierwszoligowego angielskiego klubu - Manchesteru City. Deyna podpisał kontrakt z Manchesterem City po swoich trzydziestych urodzinach korzystając z umowy między Polskim Związkiem Piłki Nożnej a polskimi piłkarzami. Dla zapewnienia, że najlepsi gracze nie opuszczą kraju w swoich najlepszych latach Polski Związek Piłki Nożnej zezwala na zagraniczny wyjazd bez reperkusji jedynie tym, którzy ukończyli 30 lat.

Teraz trzydziesto-trzy letni Deyna rozegrał dwa sezony w Manchesterze City. W pierwszym z nich był liderem drużyny a Manchester City uważany był za potęgę w Anglii. Niestety zmiana trenera w następnym sezonie spowodowała przesunięcie Deyny na ławkę rezerwowych. Kolejna zmiana odwróciła sytuację i starsi gracze znów powrócili do składu, lecz Deyna postanowił przenieść się do USA. "Mogę powiedzieć o tym tylko jedno, w Manchesterze City następowały wtedy rozgrywki personalne" -mówi Deyna. "Co się naprawdę stało, nie wiem. Jednego roku gram a w następnym sezonie już nie". Newman przewiduje, iż doświadczenie Deyny nabyte w Manchesterze City zaowocuje w drużynie Sockers.

"Deyna nie osiągnął stu procentowego sukcesu w Manchesterze City" powiada trener Newman, "Myślę, że chciał przejść do nas by udowodnić, iż jest wciąż jednym z najlepszych graczy na świecie. Miałem te same przeczucia z bramkarzem Gordonem Banksem gdy pracowałem w FC Lauderdale a on prezentował się fantastyczne". "Widzę dokładnie to samo w Deynie. Jest on doskonałym technicznie graczem, Fakt, jest on starszy od większości naszych zawodników. Lecz w przypadku Deyny wiek nie jest wykładnikiem. Jego niesamowite umiejętności prezentują się teraz dokładnie tak samo jak to było pięć lat temu. Jest z pewnością wyśmienitym międzynarodowym talentem". Reputacja Deyny jako zwycięzcy sięga więcej niż dziesięciu lat wstecz. Zwycięskie trafienia przytrafiają się zazwyczaj napastnikom, lecz w jego pierwszych 10 meczach w reprezentacji kraju Deyna zdobył zwycięskie bramki w pięciu z siedmiu wygranych przez Polaków meczach. Jest klasycznym atakującym pomocnikiem. Kiedy tylko zachodzi taka potrzeba przesuwa się do przodu. "Kaz jest pożądanym strzelcem," mówi Newman. "Takiego piłkarza widuje się raz na bardzo długi czas. A my go mamy". "Nie wiem na jakiej będę grał pozycji" - mówi Deyna. "Zrobię to, o co zostanę poproszony. Moim jedynym celem jest to, aby zrobić to jak najlepiej".

źródło: San Diego Union
Autor: Bill Center
Tłumaczenie: Artur Szczepański



Kaz Deyna: 38 lat i wciąż gra

Ten pomocnik gra w piłkę już od 28 lat i mimo to może być najlepszym podającym w lidze.

Pomocnik Sockers Kaz Deyna nie oszukał życia. W październiku obchodził trzydzieste ósme urodziny i wygląda na o parę lat starszego. W zeszłym sezonie były momenty, w których działacze zastanawiali się czy Deyna odczuwa jeszcze głód piłki, czy nie przeszła mu już ochota na granie w piłkę halową. Sockers nigdy nie mieli lepszego gracza boisk odkrytych niż Deyna, nigdy nie mieli nikogo z tak wielką międzynarodową reputacją. W ubiegłym sezonie halowym zdobył 30 bramek w 41 meczach, w sezonie 1982-83 strzelił 45 w 45 meczach i 28 w 27 meczach w sezonie 1983-84. Nawet w ostatnim sezonie zostawał po treningach by trenować strzały z którymś z bramkarzy lub grywał z kolegami z zespołu w meczach treningowych. Wspomnienia te były wciąż świeże, gdy Sockers podpisali z nim nowy dwuletni kontrakt.

Wydawało się, iż jest to mądra decyzja, gdy Deyna ustrzelił gola i zaliczył asystę na otwarcie sezonu. Niestety stał się ofiarą liczb po tym jak Sockers zaczęli tracić pozycję dominującej drużyny w lidze. Obecność w zespole takich graczy jak Steve Zungul, Juli Veee i Jean Willrich zaowocowało w San Diego zbyt dużą obfitością graczy zorientowanych, jak Deyna, ofensywnie. Ron Newman zrozumiał, że musi zmienić ustawienie drużyny by wykorzystać mniej utalentowanych, lecz bardziej zorientowanych na grę zespołową zawodników. Deyna przesiadywał na ławce, lecz nie ze swojej winy, powtarzał Newman. "Jest sprawny i dobrze przygotowany do gry" - mówił Newman. "Jest szczuplejszy i wygląda bardzo mocno". Wydaje się, że w Major Indor Socker League nie ma lepszego podającego jak i nie ma nikogo w lidze z taką intuicją i opanowaniem. "Jest taki sprytny, taki mądry. Sprawia wrażenie, że gra jest tak prosta" - mówi Newman.

Deyna nigdy nie chciał robić nic innego poza grą w piłkę nożną. "To jest moje życie" - mówił "Urodziłem się piłkarzem. Jeśli nie gram lub nie trenuję przez dzień, dwa czuje się fatalnie". Matka powiedziała mu, że gdy była z nim w ciąży on wciąż ją kopał. Jako dziecko grywał boso na ulicach Starogardu. Ze swoim pierwszym klubem związał się w wieku dziesięciu lat.

"Gram już 28 lat" - mówi "Czas płynie bardzo szybko, człowiek zapomina". A Deyna ma, co wspominać. W 1972 roku na olimpiadzie w Monachium strzelił oba gole w zwycięskim 2:1 meczu przeciwko Węgrom, który dał Polsce złoty medal. Grał w drużynie, która zdobyła srebrny medal na olimpiadzie w Montrealu w 1976 roku. Grał w dwóch turniejach mistrzostw świata. Dwunastego sierpnia 1983 roku strzelił cztery gole i zaliczył pięć asyst dla Sockers w meczu przeciwko Tampa Bay Rowdies. Jest to najlepszy wynik w historii North American Soccer League. Chwała Deyny może żyć przez najbliższą dekadę bądź dwie.

Pomocnik/Bramkarz Norbert Deyna (lat, 12) który pomaga pozostać ojcu w formie, jest jednym z najbardziej obiecujących graczy mocnych Raiders z lokalnej Mira Mesa Soccer Association. Tata jest dumny. "Lubi wygrywać mecze" - mówi Deyna. "Byłem zdziwiony, grają naprawdę dobrą piłkę". Nie będzie niespodzianką, jeśli ojciec pokaże Norbertowi i MISL kilka wspaniałych sztuczek w tym sezonie.

źródło: Soccer Digest
Autor: Brian Brown
Tłumaczenie: Artur Szczepański



Były gracz Sockers ginie w wypadku samochodowym

Dziś w godzinach porannych w wypadku samochodowym zginął były gracz piłkarskiej drużyny Sockers z San Diego. Jak twierdzą władze, jego samochód uderzył w tył lawety zaparkowanej na prawej stronie międzystanowej drogi numer 15. Sędzia śledczy Charles Kelley zidentyfikował zwłoki jako czterdziesto-jedno letniego byłego gracza Kazimierza (Kaz) Deynę zamieszkałego pod numerem 9900 na ulicy Maya Linda w Mira Mesa. Przeprowadzona będzie sekcja zwłok, zapewnił Kelley. Jak powiedziała rzeczniczka prasowa Kalifornijskiej komendy policji samochód ofiary prawdopodobnie musiał zjechać z wyznaczonego pasa ruchu na drodze I-15 około godziny 1:25 rano i najechać na tył opustoszałej pół-ciężarówki. Stało się to na południe od drogi Carroll Canyon. Pół-ciężarówka miała w tym czasie zapalone światła awaryjne.

Deyna był powszechnie uważany za najbardziej uzdolnionych technicznie gracza, który kiedykolwiek zakładał koszulkę Sockers od czasu otrzymania przez ten klub w 1978 roku licencji na grę. "Z pośród wszystkich graczy Sockers, którzy kiedykolwiek tu grali był on tym, na którego grę patrzyło się z największą przyjemnością" - dodaje Bob Bell. "Czystej wody talent oraz niesamowity przegląd gry powodowały, że Kazzi był naprawdę kimś".

W pięciu sezonach rozgrywek halowych Deyna zdobył 118 bramek i zaliczył 114 asyst w 169 meczach sezonu zasadniczego. Do tego dołożył 37 goli i 19 asyst w rozgrywkach playoff. Znajduje się na czwartym miejscu w klubowej tabeli wszechczasów goli, asyst, punktów (232) i strzałów (633).

Prezes Sockers Ron Fowler powiedział: "byłem w szoku", gdy dowiedział się o tragedii. "Klub San Diego Sosckers planuje zorganizować coś odpowiedniego, aby uhonorować Deynę." -powiedział Fowler. "Nie grał dla nas od momentu wygaśnięcia kontraktu, ale od tamtego czasu kilkakrotnie z nim rozmawiałem. Był jednym z tych, którzy ofiarowali swoją pomoc i życzyli nam jak najlepiej po tym jak dwa lata temu doświadczyliśmy problemów finansowych i procedury upadłościowej". "Postawa Kaz’a była godna pochwały."

Od momentu rozstania się z Sockers w 1987 roku Deyna rozpoczął pracę z młodzieżą w lokalnym klubie oraz grywał od czasu do czasu w meczach oldbojów. Miał podpisany kontrakt z organizacją Legends z San Diego zajmująca się szkoleniem młodzieży jak i zrzeszającą starszych graczy włączając w to Deynę i byłych graczy Sockers Gerta Wieczorkowskiego, Juli Veee, Martina Donnelly, Volkmara Grossa i Vidala Fernandeza. Kilkukrotnie wybierany najlepszym piłkarzem w Polsce, zajął również trzecie miejsce w klasyfikacji na najlepszego gracza mistrzostw świata w 1974 roku za Johanem Cruijffem i Franzem Beckenbauerem.

Raport CHP wskazuje, iż nie jest pewne czy Deyna stracił panowanie nad samochodem i zjechał na pobocze czy zasnął za kierownicą. Wypadek miał miejsce 300 - 400 stóp od zjazdu na Carroll Canyon.

źródło: The Tribune, 1 września 1989 San Diego, California
Tłumaczenie: Artur Szczepański



Ostatnia droga Kazimierza Deyny

"Około 150 osób wzięło udział w uroczystościach pogrzebowych, jakie odbyły się w sobote (09.09.1989r.) popłudnie w San Diego. Po mszy świętej celebrowanej w klasztorze karmelitów przez ks. Mariana Sikorskiego, trumna ze zwłokami Kazimierza Deyny została przewieziona na cmentarz "El Camino Memorial Park". W ostatniej posłudze "Kakę" nieśli piłkarze zawodowego klubu San Diego Sockers. Nie zabrakło telewizji i wysłanników największych kalifornijskich dzienników "Los Angeles Times" i "San Diego Union". Po kilkunastu minutach trumna spoczęła w betonowym grobowcu.

Wiele mówiło się na temat przetransportowania ciała do Ojczyzny, ale jak dowiedziałem się w dyrekcji cmentarza, dotąd nikt w tej sprawie się nie zgłosił. Zresztą żona Deyny - Mariola i syn Norbert - zamierzają pozostać na stałe w Stanach Zjednoczonych.

Kazimierz Deyna był wybitnym piłkarzem, jednym z najlepszych w historii swiatowego futbolu. Docenili to związani z soccerem Amerykanie, którzy licznie zjawili się na uroczystościach. Byli przedstawiciele władz miasta, Amerykańskiej Federacji Piłkarskiej, szefowie i piłkarze San Diego Soccers oraz klubów, gdzie "Kaka" zajmował się młodzieżą. Zabrakło natomiast - poza garstką miejscowej polonii - tych, na których można było liczyć. Nie pojawił się żaden piłkarz (a jest ich sporo w USA, Kanadzie i Europie Zach.), z którymi Deyna grał w Legii i w reprezenatcji. Nie zjawili się wysłannicy licznych klubów polonijnych. Przykre także, że w uroczystościach pogrzebowych znakomitego futbolisty nie wziął udziału nikt z przedstawicieli Polskiego Związku Piłki Nożnej"

źródło: 37 numer "Sport Review" wydany w Chicago, dnia 10.09.1989r.
Autor: Wiesław Sudoł






2004-2018 © Ciniak. Projekt i realizacja: legionisci.com. Wszelkie prawa zastrzeżone.