Legionisci.com




1956014





... Wiktora Bołby

Strzał, który zatrząsł Francją

26 listopada 1969. Dzień ten przeszedł do historii naszego klubu. Legia, pokonując mistrza Francji, Saint Etienne 1:0, jako drugi polski zespół (po Górniku Zabrze) znalazła się w ćwierćfinale rozgrywek Pucharu Europy. Jednak niewiele brakowało, by "wojskowi" znaleźli się za burtą tych rozgrywek, a przyczyną tego nie była postawa piłkarzy na boisku, a inne wzgledy.
Entuzjaści piłki nożnej bardzo licznie zgromadzeni na trybynach Stadionu WP (komplet 25 tysięcy) ciesząc się ze zwycięstwa swojej drużyny nad mistrzami Francji nie potrafili zapanować nad emocjami, w konsekwencji czego na murawie wylądowało kilka twardych przedmiotów, m.in. butelka, która trafiła w głowę piłkarza gości, Jaqueta. Druga połowa meczu rozegrana została z opóźnieniem, ponieważ ktoś rzucił na boisko petardę. W tej sytuacji sędzia Loraux z Belgii rozważał przerwanie meczu i przyznanie walkowera 3:0 dla Francuzów. W stanie euforii kibice nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad ich pupilami. A Legii groziły sankcje, w najlepszym wypadku wysokiej grzywny, w najgorszym - wykluczeniem drużyny z dalszych rozgrywek.
Na szczęście obyło się bez walkowera, mecz dograno do końca i po niezbyt ciekawej grze Legia pokonała mistrza Francji 2:1.
Przed meczem rewanżowym w Saint Etienne z kolei niewiele brakowało, aby walkower otrzymała Legia. Przyczyną tego stanu rzeczy był strajk robotników, który wybuchł w miejskich zakładach energetycznych, przez co sparaliżowana była cała komunikacja. Unieruchomienie elektrowni spowodowało także odcięcie dopływu pradu do oświetlenia stadionu i istniała groźba, że mecz wogóle nie dojdzie do skutku. Działacze francuskiego klubu mogli jednak odetchnąć z ulga, gdyz robotnicy elektrowni, oddani kibice Saint Etienne, postanowili uczynić dla niego wyjatek, dzięki czemu na stadionie wieczorem mogło zabłysnąć światło.
Tamtej środy, pomimo tego, że było mroźnie, na stadionie Saint Etienne zjawiło się około 40 tysięcy widzów. Legioniści mieli więc przeciwko sobie nie tylko dobrze przygotowanego przeciwnika, ale także bardzo gorąco dopingującą publiczność. Żeby obraz trudu walki Legii z przeciwnikiem był pełny dodam, że prowadzący ten mecz sędziowie momentami wykazywali przesadną sympatię wobec drużyny gospodarzy. "Wojskowi" bardzo gorące chwile przezyli już w pierwszych minutach meczu. Głośny doping poderwał gospodarzy gwałtownego natarcia i w 5. minucie tylko dobrze grający Antoni Trzaskowski uratował Legię od utraty bramki, wybijając piłkę z linii bramkowej. Piłkarze Saint Etienne znani byli z tego, że starali się przesądzic losy meczu już na poczatku spotkania. Tym razem, wobec wspaniałej gry bloku defensywnego Legii, sztuka ta im się nie udała. Mimo to w 20. minucie grający dość biernie Władysław Stachurski tylko statystował, kiedy gwiazda mistrzów Francji Salif Kerta trafił piłką do siatki. Na szczęście jednak był to ewidentny spalony i nawet przychylny gospodarzom rumuński arbiter nie zdecydował się uznać gola.
Na ośnieżonym, sliskim boisku gra była wyjatkowo ciężka. Choć długimi okresami walka toczyła się na połowie legionistów, odnosiło się wrażenie, że to właśnie Legia jest drużyną kontrolującą rozwój wypadków. Wciąż utrzymywał się wynik 0:0, który promował do ćwierćfinału mistrzów Polski, a przecież według gospodarzy miało byc zupełnie inaczej, przecież to oni uchodzili za zdecydowanego faworyta...
W drugiej połowie konsternacja była jeszcze większa, a wypełniony po brzegi stadion zamarł, kiedy Jan Pieszko posłał piłke do bramki Saint Etienne. Sędzia jednak nie zamierzał dopuścić do tego, żeby faworyt mógł przegrać z jakąś tam drużyną z Polski. Dopatrzył się jakiegoś przewinienia i gola nie uznał. Na legionistach nie zrobiło to jednak większego wrażenia. Nie tylko przetrwali najtrudniejszy okres huraganowych ataków rywali, ale z biegiem czasu sami zaczęli przejmować inicjatywę, a w ostatnim kwadransie dali już prawdziwy popis futbolu. A akcja, którą przeprowadzili w 84. minucie, wstrzasneła nie tylko Saint Etienne, ale całą Francją. Do tego stopnia, że publiczność francuska nagrodziła ją oklaskami. A to za sprawą fenomenalnego strzału Kazimierza Deyny, po którym piłka wylądowała w okienku bramki Carnusa. Piłkarze Saint Etienne stanęli w miejscu i sprawiali wrażenie ludzi, którzy nie wiedzą, co się wokół nich dzieje, 1:0 dla Legii, do ćwierćfinału PKME awansowała druzyna lepsza.
Zwycięstwo Legii nad mistrzem Francji miało również olbrzymie znaczenie dla wszystkich naszych rodaków mieszkajacych nad Sekwaną. Uradowane twarze młodych i starszych obywateli francuskich polskiego pochodzenia żegnały legionistów, a u niektórych kibiców widać było łzy w oczach. Wiedzieliśmy, że nie będziemy już musieli znosić cierpkich i przykrych uwag od francuskich kolegów w pracy, którzy przed meczem mówili o wyższości Saint Etienne nad Legią. Ten sukces umocnił nam poczucie więzi z Polską, wykroczył daleko poza ramy rywalizacji sportowej. W środę do późnych godzin nocnych porażka Francuzów była jednym tematem dyskusji. Wszyscy, którzy spotykali Polaków, gratulowali im zwycięstwa nad najlepszą od dziesięciu lat drużyną Francji.
Inaczej przyjęli porażkę zawodnicy i działacze Saint Etienne. Przegrana z Legią była dla nich takim szokiem, że nie zdobyli się na uczestniczenie w pożegnalnej kolacji, którą piłkarze Legii zjedli w towarzystwie kilku miejscowych oficjeli. Obecny na kolacji, prezes Saint Etienne nie zdobył się na to, by pogratulować Legii awansu. Zachowanie to potwierdziło, że Francuzi nie potrafią przegrywać.
Natomiast entuzjastyczne przyjęcie zgotowała piłkarzom Legii francuska Polonia. Przy współpracy polskiego konsulatu, około 60 km od Saint Etienne zorganizowano spotkanie z piłkarzami. To spotkanie było dowodem silnej więzi łączącej rodaków z krajem oraz zaangażowania we wszystko, co polskie.
Przez pokonanie Saint Etienne piłkarze Legii mieli także kłopoty z powrotem do Polski. Odjeżdżających piłkarzy nie pożegnał nikt z oficjeli klubu, a skandalem można nazwać to, że miejsca w samolocie, które były zarezerwowane dla ekipy polskiej, sprzedano innym podróżnym. Dlatego dla sześciu osób związanych z Legia zamknięto dzwi na płytę startową lotniska. Po chwili wyproszono resztę ekipy. Dopiero ostra interwencja kierownictwa Legii ostudziła niezadowolonych Francuzów.
W czwartek "Paris-Jour" najwięcej miejsca poświęciło spotkaniu Saint Etienne z Legią. Dziennik najbardziej chwalił Grotyńskiego, Deynę, Pieszkę i Brychczego. Salif Kerta stwierdził, że drużyna Saint Etienne nie potrafiła rozgryźć znakomitej obrony Legii.
W "Paris-Jour" mogliśmy przeczytać wypowiedź zdobywcy bramki, Kazimierza Deyny: "Kiedy przyjmowałem piłkę od Janusza, widziałem ją już w siatce. Ja takich pozycji nie lubię marnować. Złożyłem się dobrze i strzeliłem z całą siłą, tak, że piłka aż zakotłowała się w siatce".

Opracowano na podstawie opowiadań J.Kowalczyka z Montlugon.
Autor Wiktor Bołba



Milan w tarapatach (25 października 1972 roku)

Legia w europejskich pucharach rozegrała wiele emocjonujących meczów i stworzyła mnóstwo wspaniałych widowisk. Do tych niezapomnianych możemy śmiało zaliczyć potyczki z jedną z najlepszych drużyn, jaka kiedykolwiek grała na polskich boiskach - AC Milan. Był to słynny Milan słynnego Gianni Rivery "Złotego Chłopca", białowłosego Karla-Heinza Schellingera, Romeo Benettiego i wielu sław nie tylko włoskiej, ale także europejskiej piłki, a trenerem rossonerich był Nero Rocco. Tym oto tuzom futbolu musieli stawić czoła legioniści w drugiej rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów w edycji 72/73. Zanim doszło do konfrontacji, pomiędzy drużynami na boisku, miała miejsce przepychanka o miejsce rozegrania tego meczu. Wysokie czynniki partyjne, nie znające w ogóle ducha sportu, ustaliły, że ten mecz zostanie rozegrany na Stadionie X-lecia. Piłkarze i działacze Legii niechętnie zgodzili się na tą propozycję władz. Ale władze w ówczesnej Polsce nie znosiły sprzeciwu i jeżeli coś postanowiono, to nikt nie miał prawa tego negować.
Nikogo to nie interesowało, że jedynym i najbardziej trafnym określeniem stanu nawierzchni boiska na Stadionie X-lecia było "kartoflisko". Płyta na tym stadionie absolutnie nie odpowiadała warunkom rozgrywania jakichkolwiek meczów, nie mówiąc o tak ważnych, jak te w europejskich pucharach. Paradoksalnie - rozegranie meczu na Stadionie X-lecia zamiast na znacznie mniejszym Stadionie Wojska Polskiego, nie gwarantowało odpowiedniej frekwencji, ponieważ nie był on (i niejest do dziś) wyposażony w jupitery. Z tego względu do ostatniej chwili nie była ustalona godzina rozpoczęcia meczów, mimo, iż na plakatach zapowiedziany on był na 14:30. Mecz rozgrywany był w październiku i obawiano się tego, że trzeba go będzie kończyć w ciemnościach. Ostatecznie zdecydowano, że spotkanie rozpocznie się o godz. 14. Aby na stadionie zjawiła się odpowiednia liczba widzów, zarządzono, że każdy kto w pracy bądź w szkole wylegitymuje się biletem wstepu na mecz, powinien zostać zwolniony o godz. 13. Młodzież szkolna, mogła kupować bilety po ulgowech cenach w Stołecznym Osrodku Sportowym na ul.Rozbrat.
Trening piłkarzy odbył sie we wtorek, trenowali w godzinach przedpopłudniowych, mediolańczycy zanim wyszli na trening, najpierw odbyli spacer po murawie. Wszyscy ubrani byli w długie skórzane płaszcze. Robiło to duże wrażenie. Pełen profesjonalizm, którego w naszych klubach w tamtych czasach nie było. Goście z mediolanu byli nieco zmartwieni zimnem, jakie panowało w Warszawie, ale niebo okazało się dla nich i tak niezwykle łaskawe - podczas ich pobytu panowała piękna słoneczna pogoda.
Piłkarze Milanu trenowali wśród krzatających sie robotników. Jak to było u nas w zwyczaju, nie pomyślano w porę o właściwym przygotowaniu stadionu do meczu i najważniejsze prace konserwatorskie wykonywano w trybie awaryjnym. I tak jednak goście byli w lepszej sytuacji niż piłkarze Legii, którzy nie mieli okazji zapoznać się z obcą dla siebie murawą stadionu.
W środę 25 października 1972 roku na stadionie X-lecia przybyło około 50 tysięcy kibiców (co na tym stadionie nie było liczbą imponującą). Z Włoch przyjechała także 40-osobowa grupa najwierniejszych fanów Milanu. Wyposarzeni byli w rozmaite klubowe akcesoria, a wyróżniali się tym, że mimo jesiennej pory ubrani byli bardzo lekko - wiekszość paradowała w garniturach.
"Żyleta" zasiadła tym razem nad tunelem. Powiewały klubowe flagi, zwędzone wcześniej z masztów przy Łazienkowskiej. W tamtych latach w Polsce kibice nie szyli jeszcze swoich flag i jedynym sposobem na wejście w ich posiadanie była taka właśnie "przedsiębiorczość". Kiedyś rozpętała się z tego powodu spora awantura i później, gdy spotykano kogoś, kto miał taką flagę, rekwirowano ją.
Gdy wreście wybiła "godzina zero", oba zespoły pojawiły się na placu gry. Włochów, ubranych w koszulki w tradycyjne czerwono-czarne pasy, wyprowadzał mózg drużyny i bożyszcze kibiców Milanu - Gianni Rivera. Legioniści wystąpili w białych koszulkach, a do boju wyprowadził ich kapitan drużyny, Antoni Trzaskowski. Legia lat 70-tych to była druzyna, która najlepiej prezentowała sie w grze z mocnymi przeciwnikami. Dlatego można było tamtego dnia, obserwować widowisko naprawdę wysokiej klasy. Najbardziej nierozłączną parą tego meczu byli Gianni Rivera i Lesław Ćmikiewicz, nawet trochę do siebie podobni, tak z wyglądu zewnętrznego, jak i elegancji gry. Może z lekką przewagą dla "Profesora" Rivery, który w pierwszej połowie był bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem na boisku. Legia przeważała, bramkarz Milanu Pierangelo Belli znacznie częściej musiał interweniwać niż Piotr Mowlik, jednak to bramkarz "wojskowych" jako pierwszy musiał wyciągnąć piłkę z siatki. Miało to miejsce w 74. minucie meczu, ale już cztery minuty później było 1:1. Cały stadion oniemiał po niesamowitej akcji i fantastycznym strzale Kazimierza Deyny. Romeo Benetti, który pilnował Kazimierza Deynę, uznał w pewnym momencie, że za linią środkową Polak nie jest groźny. Pozwolił mu na podanie piłki na lewe skrzydło i na chwilę przestał o nim myśleć, sądząc zapewne, że skoro Deyna pozbył się piłki, to już w tej akcji nie będzie brał udziału. Ale "Kaka" zrobił coś, co zasługiwało na uznanie. Pobiegł jak mógł najszybciej środkiem boiska, czując instynktownie co może się stać. Miał szczęście, że partner do którego podał - Stefan Białas - w tym momencie myślał na tych samych częstotliwościach. Coś takiego zdarza się w ważnych meczach piłkarskich raz na kilka lat. Kiedy Deyna biegł do bramki licząc na podanie od Białasa i nim zdążył do niego krzyknąć - teraz! - mocno podana piłka toczyła się już w jego kierunku. Kopnął ją z całych sił, prostym podbiciem tak mocno i celnie, żę wpadła do siatki, ocierając się o poprzeczkę. Trafił w sam środek, ale bramkarz Pierangelo Belli nie zdążył podnieść rąk. Kiedy zobaczył piłkę w siatce zaczął ... bić brawo Deynie! Dziesiątki wspaniałych piłkarzy grało na Stadionie Dziesięciolecia, ale tak pięknego gola nikt tam nigdy nie zdobył! Kazimierz Deyna został zresztą najlepszym zawodnikiem tego meczu. Po latach także stwierdził, że gol z tego meczu był najpiękniejszym, jakiego zdobył w swojej karierze.
W tym spotkaniu wysuwała się gra "prawdziwego brylantu", jak go określiła prasa, czyli Gianniego Rivery i dorównującego mu poziomem Kazimierza Deyny.

Autor Wiktor Bołba



Słynny Milan w tarapatach (08 listopad 1972 roku)

Rozgrywki pucharowe tradycyjnie dostarczały nam, nam kibicom, ogromnej porcji emocji. Zwykle przy okazji tych rozgrywek mogliśmy liczyć na sensacje i niespodzianki w meczach, kiedy słynne europejskie jedenstki przegrywały z mało liczacymi się na piłkarskim rynku drużynami. Niewiele brakowało, a do takiej sensacji doprowadziłaby drużyna Legii w 1/8 finału edycji rozgrywek Pucharu Zdobywców Pucharów w roku 1972. Za przeciwnika Legii los wyznaczył włoski klub AC Milan, mający na swoim koncie triumfy w rozgrywkach o najwyższe trofea w klubowej piłce. Po zapoznaniu się z wynikami losowania, niewielu kibiców Legii dawało jej szansę awansu. Mimo to pierwszy mecz z zespołem "złotego chłopca", jak nazywano Gianniego Riverę, wywołał w Warszawie olbrzymie zainteresowanie. Do tego stopnia, że przeniesiono ten mecz na Stadion X-lecia. Był to bodaj pierwszy i ostatni mecz pucharowy Legii na stołecznym stutysieczniku. W meczu tym Legia stoczyła porywajacą walkę i walczyła jak równy z równym z renomowanym przeciwnikiem. Skonczyło się na remisie 1:1
Remis w Warszawie przed rewanżem w Mediolanie stawiał Milan w roli zdecydowanych faworytów. Niewiele jednak brakowało, aby pożegnali się z marzeniami o sukcesie w Pucharze Zdobywców Pucharów. Pracując w redakcji "Sportowca" miałem szczęście uczestniczyć wspólnie z piłkarzami Legii w wyprawie na mecz rewanżowy do Mediolanu. Wyprawa ta juz od samego początku miała niecodzienny przebieg. Pierwszym przeciwnikiem piłkarzy stołecznych była gęsta mgła, która spowiła Mediolan i jego okolice, i która towarzyszyła nam już do końca naszego pobytu we Włoszech. Odlot z Frankfurtu do Mediolanu został opóźniony na tyle, że cała nasza podróż trwała ponad sześć godzin. Prawdziwe perypetie zaczęły się nad Włochami. Żadne lotnisko nie chciało przyjąć naszego samolotu. Zgodę na lądowanie otrzymaliśmy dopiero na lotnisku w Genui. Dodatkowych emocji dostarczyło nam lądowanie naszego samolotu, który zmierzał do celu prawie nad dachami domów. Dobrze znałem piłkarzy Legii, ale nigdy nie spotkałem się z taką powagą i milczeniem, jakie zachowywali wtedy w samolocie. Nawet Waldek Stachurski, znany ze swojego poczucia humoru, tym razem był niezwykle cichy i spokojny. Na szczęście pilot prowadzący maszynę z nami na pokładzie okazał się mistrzem w swoim fachu i szczęśliwie mogliśmy wylądować. Z Genuii normalnym rejsowym autobusem wyruszyliśmy do Mediolanu. Tu również dała o sobie znac gęsta mgła, która utrudniała jazdę do tego stopnia, że były momenty, w których poruszaliśmy się z szybkością 10 km/h. Po tych wszystkich perypetiach związanych z dotarciem do Mediolanu, na miejscu zameldowaliśmy się zmęczeni i głodni około godziny 23. W hotelu po lekkim posiłku wszyscy z ulgą udaliśmy się do pokoi, by wypocząć i porządnie się wyspać.
Następnego dnia pogoda niewiele się zmieniła. Słyszeliśmy głosy z obozu rywala, że jeżeli nie ulegnie zmianie, to mecz może zostać przełożony na inny termin. Na szczęście mgła trochę zelżała i do tego nie doszło. Kierownictwo Ac milan wobec Legii zachowało się niefair, nie dając przeprowadzić treningu na płycie stadionu San Siro. Być może chodziło o oszczędzenie cennej trawy lub może, w co bardziej wierzę, Włosi po prostu nie chcieli ułatwiać rywalom zadania. Boisko udostępniono Legii dopiero na godzinę przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Tak więc ostatnią rozgrzewkę przed meczem nasi piłkarze wykonali w niecodziennych warunkach, na obszernym hallu tuż przed szatniami. Przyznam, że był to niecodzienny widok, gdy gracze w pełnym rynsztunku piłkarskim z piłkami przy nodze uwijali się po posadzce.
Piłkarzom Legii przed meczem, który miał być rozegrany 8 listopada 1972 roku w Mediolanie, nikt (może poza naszą nieliczną grupą dziennikarzy i fotoreporterów) nie dawał szans. Obawialiśmy się najbardziej szturmu Milanu na samym początku meczu. Tym bardziej, że można było wyczuć, iż piłkarze czuli respekt przed renomowanym rywalem. Jednak rzeczywistość zaprzeczyła wszystkim prognozom. A pierwsze akcje rozwiały wszelkie wątpliwości. Zaczęło się co prawda od ataku Włochów, ale legioniści szybko się z nimi uporali i sami zaczęli przechodzić do śmiałych i zdecydowanych akcji ofensywnych. Obserwując wydarzenia na boisku, można było nawet odnieść wrażenie, że Milan nie ma swojego dnia.
Był to dośc dziwny mecz. Myślę, że tajemica tego spotkania polegała na doskonałej, wręcz koncertowej grze linii środkowej Legii, w której czwórka wielkich piłkarzy: Lesław Ćmikiewicz, Jan Pieszko, Kazimierz Deyna i Bernard Blaut trafiła na swój wielki dzień. Dodatkowo znakomicie grali Tadeusz Nowak i Robert Gadocha, przy czym temu drugiemu należą się specjalne słowa uznania, ponieważ wychodząc na boisko był lekko przeziębiony. Tadeusz Nowak został okrzyknięty piłkarzem numer jeden tego meczu, był zawodniiem szczególnie trudnym do upilnowania dla defensorów Milanu. Boisko, a w zasadzie lotnisko (120 metrów), na San Siro, to była wymarzona arena dla szybkiego jak błyskawica "Ferrariego".
Ku zdumieniu licznych obserwatorów, Włosi zostali obezwładnieni przez legionistów mistrzowskim chwytem, z którym ani słynny Rivera, ani Chiarugi nie mogli sobie poradzić. Niestety, bardzo dobrze broniący na przekroju całego spotkania bramkarz Legii Piotr Mowlik w 10. minucie meczu nie ustrzegł się błędu, po którym Signoli strzelił z ostrego kąta, po czym piłka wpadła do siatki.
Legioniści nie załamali się niepowodzeniem i to, co działo się potem, to nie była gra jak w transie. Utrata bramki zmobilizowała ich do bardziej ambitnej i energicznej walki. Na minutę przed końcem pierwszej połowy upór i ambicja Legii zostały nagrodzone. Po znakomitym rajdzie Gadocha zdecydował się na strzał, bramkarz Włochów sparował piłkę, ale znajdujący się w jego sąsiedztwie Pieszko skutecznie dobił futbolówkę i wyrównał na 1:1.
Druga połowa meczu toczyła się pod dyktando Włochów. W grze legionistów dało się zauważyć zmęczenie. Milanowi dopisało jeszcze szczęście po pięknym strzale Deyny, kiedy piłkę z linii bramkowej wybił Schnellinger. Wynik 1:1 utrzymał się do końca mecz, po którym niemiecki sędzia Tschenscher zarządził dogrywkę. W dogywce mający nóż na gardle Włosi zepchęli Legię do obrony. Mimo licznych i dogodnych pozycji do strzelenia bramki, żadna z drużyn nie była w stanie popisać się swoją skutecznością. Myślami byliśmy już przy rzutach karnych, kiedy Włochom udało się jednak strzelić gola. Było to na dwie minuty przed zakończeniem dogrywki. W 117 minucie Legię pogrążył Chiarugi. Pomimo porażki prasa pełna była zachwytów nad grą podopiecznych Brychczego. Mecz, nie bez słuszności, określono nawet jako "najlepsze spotkanie rozegrane przez polską drużynę w europejskich pucharach".

Autor Wiktor Bołba



Ciemnogród

Mam chwilami wrażenie, że cokolwiek głupiego da się pomysleć, to może się zdarzyć - bowiem głupota ludzka nie ma żadnych granic. Granica tej głupoty przesuwa się jak horyzont. Dalej, dalej i dalej. Takie zachowanie, będące symbolem głupoty i zacofania, zademonstrowali nam - wywieszając na swoim sektorze flagę z wizerunkiem Kazimierza Deyny i nagryzmolonymi na niej Gwiazda Dawida i słowem "pogarda" oczywiste matoły, mieniące się kibicami Polonii.
Trudno znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego dpouścili się takiej profanacji? (założywszy oczywiście, że byli przy zdrowych zmysłach). Można tylko przypuszczać, że odezwały się w nich najbardziej prymitywne instynkty. Szargając symbol Kazimierza Deyny, najlepszego polskiego piłkarza XX wieku, ci ludzie, nazywający się fanatykami Polonii, okazali się w rzeczywistości zwykłymi zakompleksionymi karłami, by nie powiedzieć gorzej.
Być może swoimi słowami wymierzę komuś cios, ale zapytam, gdzie byli ci komisarze, którzy tak skrupulatnie czytali napisy na transparentach zawieszonych w sektorze kibiców Legii? Niektóre z nich nakazano usunąć pod groźbą odwołania meczu. Dlaczego nie zainteresowali się flagą obrażającą nieżyjącego Kazimierza Deynę? Prawdopodobnie pochowali się za plecami innych. Z prostej przyczyny. Szef PZPN-u to zatwardziały polonista, a pan Kolator, piastujący w Zwiazku ważną funkcję, wszelkie zło widzi tylko w zachowaniu kibiców Legii.
Nieudoczne tumanki, którzy w nazwisko Kazimierza Deyny wpletli Gwiazdę Dawida, symbolizującą pochodznie zydowskie, zamiast szkalować symbol Legii, powinni wiecej czasu poswięcić na naukę historii swojego klubu. Wtedy okaże się, że znak, którym tak szargają, jest bliższy założycielowi ich klubu.
Kim z pochodzenia był Kazimierz Deyna? Dla mieszkańców centralnej Polski, ludzie wywodzący się z regionów Pomorza Gdańskiego to w większości Kaszubi. Po zapoznaniu się bliżej z tą grupa etniczną dowiadujemy się, że żyją tam jeszcze Kociewiacy. To do tej drugiej grupy etnicznej należała rodzina Deynów. Wprawdzie nazwisko rodu wielkiego piłkarza brzmiało Deja. Na Deynę zamienił je pradziadek Kazimierza, który za czasów Franciszka Józefa, żeby nie stracić pracy, a był wozakiem, dopisał do nazwiska litery "y" i "n". Czym się charakteryzowali Kociewiacy? Przede wszystkim mową. Kaszubi rozmawiali głównie po kaszubsku, a w Starogardzie Gdańskim, w mieście, które jest uznawane za stolicę Kociewia, więcej osób mówiło po polsku. Poza tym obie te nacje żyły w zgodzie. Różniła ich tylko mowa.
Ojciec Kazimierza, Franciszek Deyna pochodził ze wsi Osiek, miejscowości mającej w okolicy Jezioro Kołębie, zwane Morzem Kociewskim, leżace niedaleko Starogardu Gdańskiego. Matka Jadwiga z domu Sprengel urodziła się i wychowała we Fradzie. Freda to nazwa folwarku założonego w XVII wieku na terenach należących do bezpośredniego sąsiedztwa miasta Starogard Gdański. Obecenie obszar ten liczacy kilka domostw już został wchłoniety przez rozbudowujące się miasto. To tam Franciszek Deyna wypatrzył ja pod koniec lat 30. Ona była piękną, ciemnowłosą, bardzo młodą, pochodzącą z mającej niemieckie korzenie rodziny kobietą. On był mężczyzną przystojnym i ujmującym. "Rzucę jej do stóp cały świat" - zapowiedział, kiedy przyszedł pokłonić się jej rodzicom. I tym wyznaniem podbił serce swojej wybranki, którą po slubie zabrał do swojego rodzinnego Osieku. Rzucenie światła do stóp okazało się literackim uniesieniem. By utrzymać stale powiekszającą się gromadkę dzieci, Franciszek Deyna musiał ciężko pracować. Pierwszych troje dzieci pani Jadwiga urodziła jeszcze w Osieku. Najpierw na świat przyszła córka Irena, (w 1939 roku). Po roku państwo Deynowie doczekali się syna, któremu dano na imię Henryk. Trzecim był drugi syn, Franciszek, który przyszedł na świat w 1942 roku. Po zakończeniu wojny i wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej, Franciszek i Jadwiga Deynowie, zabierając ze sobą trójkę dzieci, postanowili przenieść się do odległego od Osieku 25 km Starogardu Gdańskiego. W międzyczasie rodzina Deynów powiększyła się o jeszcze jedno dziecko. Była to córka siostry pana Franciszka, Wanda (1943 roku), której obydwoje rodzice zgineli na skutek działań wojennych. W Starogardzie zamieszkali w niewielkim, parterowym, zbudowanym u zarania wieku z czerwonej cegły domku na ulicy Lubichowskiej.
Tu na świat przyszły kolejny dzieci. Najpierw w 1946 roku, Teresa. Później, dokładnie 23 października 1947 roku, w domu przy ulicy Lubichowskiej pani Jadwiga, wówczas 30 letnia kobieta, urodziła kolejne, piate pod względem urodzin, a szóste licząc adoptowaną Wandę, dziecko. Tym razem był to chłopak, któremu dano na imię Kazimierz. Według odpisu z aktu urodzenia Kazimierz był 370 dzieckiem, które przyszło na świat w 1947 roku w Starogardzie.
Z powyższego wynika, że wplatając gwiazdę Dawida w nazwisko Kazimierza Deyny, któremuś z autorów tego pomysłu zrobiło sie gorąco pod sufitem. Koniec końców wszyscy wiemy, co kryje się pod nazwą Ciemnogrodu, nie zawsze jednak potrafimy wskazać, gdzie pojawiła się ona po raz pierwszy. Teraz już wiemy, gdzie pojawiła się ostatnio - wśród kibiców Polonii. Tylko na miano Ciemnogrodu zasługuje bowiem grzebanie się w czyimś rodowodzie z tak niskich pobudek. Zwłaszcza jeśli ktoś ten rodowód przekłamując, jest na dodatek oszczercą.

Autor Wiktor Bołba



Obciach i komedia...

Stare przysłowie powiada: "Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju". I jak ulał pasuje do osoby najwybitniejszego polskiego piłkarza XX wieku, Kazimierz Deyna, którego kibice - oczywiście spoza Warszawy - wprost nienawidzili. Dlatego zawsze na boisku witali go gwizdami.
Chociaż miał status gwiazdy, nigdy nie był szczególnie hołubiony przez tych, którzy wówczas mogli najwiecej. Oni mieli swojego idola - Włodzimierza Lubańskiego. Deyna nigdy nie robił z tego problemu. Nie skarzył się, kiedy szedł chyłkiem w szpalerze porzadkowych, nie zważając na obelgi czy ciosy i poszturchiwania parasolami. Nawet nie potrafił mówić o podobnych incydentach ze złością. "Wiem, że nie ma piłkarza, którego gra podobała by się wszystkim. Nie chciałbym być posądzony o megalomanię, ale tłumaczono mi, że tylko wielcy są kontrowersyjni. Mozliwe. Ale ja, kiedy idę na koncert, nigdy nie wygwizduję piosenkarki, chocbym jej nie lubił. Wiem, że ona przygotowywała sie do tego wystepu i robiła wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. Ja to musze docenić. Dlatego jest mi przykro, że w niektórych miastach gram przy gwizdach i ubliżających okrzykach. Jestem przecież dla ludzi na trybunach tym, czym ta piosenkarka dla innej widowni... Tak juz jest, że przyjaciół mamy tylko w chwili sukcesów. Dlatego szczególnie sobie cenię tych, którzy nie tylko gratulują mi po strzeleniu bramki, ale pocieszają, kiedy Polska lub Legia przegrają. Najbardziej nie lubią mnie kibice Poznania i Trójmiasta. Nie mam pojęcia dlaczego. Gdańsk i Gdynia leżą blisko mojej rodzinnej miejscowości, a z Poznania pochodzi moja żona. Może gdybym grał w Arce lub Lechu, byłbym dla tych ludzi najlepszy".
Z powyższego fragmentu wywiadu, jakiego w 1977 roku udzielił red. Stefanowi Szczepłkowi, wychodzi, że Kazimierz Deyna nie rozumiał nieprzyjaznych zachowań wobec jego gry i osoby. Był piłkarzem niepowszechnego formatu, a tacy zawsze napotykają opór "maluczkich". Tak było w Mielcu podczas meczu ze Stalą. Pamiętam, że niepokój mój wzbudziła notatka zamieszczona w 1976 roku w "Przeglądzie Sportowym", z której dowiedziałem się, że widzowie znęcali sie psychicznie nad Kazimierzem Deyną. Żeby było jeszcze "weselej", po meczu rzucali w niego pigułami.
"Kaziu to artysta" - mawiał o Deynie Włodzimierz Lubański. "Pozostaje kwestią małoduszności i swoistego 'taktu' kibiców wyolbrzymiających jego błędy". Tych Kazimierz Deyna popełnił naprawdę niewiele. Szczególnie dobrze sprawował się na Stadionie Śląskim. A paradoksalnie, kibice na tym gigancie zachowali się wobec niego tak, jakby nie pamiętali o sukcesach, dzięki którym rozsławił na skalę światową całe nasze piłkarstwo. Tak było podczas wygranego meczu z Danią 4:1 w eliminacjach do mistrzostw świata 1978. Chociaż strzelił bramkę na 3:0, przy burzy gwizdów opuszczał boisko. "Było mi przykro" - stwierdził krótko. Deyna nigdy nie ustalał, kto i dlaczego gwizdał. Bolało go, że gwizdali, gdy grał dla Polski.
"Kazimierz Deyna mówił po meczu, że po dziesięciu minutach gry miał juz tak dosyć gwizdów, że był bliski poproszenia trenera Jacka Gmocha o zmianę. Jak mógł grać lepiej, skoro publiczność mu w tym przeszkadzała? Na innym stadionie Deyna strzeliłby jeszcze jedną bramkę. Nie można dziwić się Deynie, że nie chce już wystepować na tym stadionie. W koncu każdy człowiek ma swoja wytrzymałość na chamstwo". Czytając to, można powiedzieć - były to normalne reakcje ludzi, którzy nie lubili Deyny. Tylko że nalezy dodać coś więcej, nad czym nie potrafili się zastanowić ci, którzy wówczas gwizdali. To nikt inny, ale właśnie Deyna - strzelając bramkę w meczu z Portugalią w 1977 roku - dał milionom ludzi radość z awansu naszej reprezentacji do fianłów mistrzostw świata 1978.
Może w tych "Wspomnieniach" dałem za dużo cytatów, ale chiałem z nich wysunąć prosty morał - ci, którzy gwizdali na Deynę, wówczas sami siebie dyskwalifikowali.
Nie tylko kibice innych klubów nie docenili popularnego "Kaki". Prawdy nie da się ukryć - także Legia, która była jedynym jego klubem w Polsce, w której odnosił wiele sukcesów, nie potrafiła nigdy z należnym szacunkiem odnieść się do jednej ze swoich legend. W myśl powiedzenia: "Murzyn zrobił swoje...". W Polsce nie potrafiono uszanować jego zasług i dokonań nawet po tragicznej śmierci. Mimo powiadomienia przez panią Mariolę, wdowę po zmarłym geniuszu, polskich władz piłkarskich o terminie pogrzebu, nikt z PZPN-u i - co jest jeszcze bardziej smutne - z Legii nie pofatygował się, by złożyć mu ostatni hołd.
"Miałam kiedyś wyrzuty sumienia, że nie pochowałam męża w Polsce. Teraz jednak wiem, że postapiłam słusznie. Nawet nie złożono mi kondolencji" - stwierdziła rozżalona takim obrotem sprawy żona tragicznie zmarłego piłkarza.
O tym, jak w Legii nie potrafiono uszanować pamięci Deyny, za przykład niech posłużą takie sytuacje, kiedy to kolejne władze klubu odrzucały propozycje nazwania jego imieniem stadionu, ulicy, na której znajduje się siedziba klubu, czy też wystawienia mu pomnika.
Przypominając mecz z Portugalią, myślałem, że Kazimierz Deyna już nigdy nie zostanie gorzej obrażony, niz wówczas. Niestety, właśnie okazało się, że się myliłem. Podeptanie legendy najgorzej boli przy współudziale klubu, który kochał ponad wszystko i który rozsławił na cały świat. Piętnaście lat czekaliśmy, by Legia oddała hołd ikonie, jaką bez wątpienia pozostaje Kazimierz Deyna. Miał nim być turniej Deyna Cup. Były nadzieje i zapowiedzi nadania temu turniejowi odpowiednio wysokiej rangi. Obiecywano należną Deynie obsadę. Zachwalając ten turniej, obecny prezes Legii, Piotr Zygo stwierdził: "Chcemy, aby od tej poryto była, nowa świecka tradycja". Wysłano oferty do wielu renomowanych firm. I wówczas wokół tego turnieju zaczęły dziać się rzeczy żywcem wyjęte z komedii, włacznie z tak kuriozalnym pomysłem, jak rozegranie tego turnieju w... Płocku. Skonczyło sie obciachem i komedia, czyli odwołaniem turnieju.
Zaskakujące i dziwne jest w tej sytuacji stanowisko Legii. Przecież z chwilą objęcia klubu przez ITI tyle mówiono o tradycji. To, co się stało z tym turniejem, po raz kolejny uświadamia nam, że była to tylko "mowa trawa" oraz nastepny dowód braku poszanowania dla najwybitniejszego piłkarza XX wieku w Polsce. Wobec zaistniałej sytuacji, ciekaw jestem, jaka opinię wyrażą o Legii w swoich krajach drużyny wystrychnięte na "dudka". Skądinąd wiem, że np. Den Haag nigdy nie uczestniczy w podobnych imprezach. Przyjazd do Warszawy miał być wyjatkiem, ukłonem dla kibiców obydwu drużyn, których przyjaźń jest ogólnie znana. Brak mi słów na okreslenie tych, którzy doprowadzili do tego, że operacja Deyna Cup zakonczyła się obciachem i komedią.

Autor Wiktor Bołba

2004-2017 © Ciniak. Projekt i realizacja: legionisci.com. Wszelkie prawa zastrzeżone.